Piątek z Agronomem – odcinek XXXIII.
Od połowy lat 90. Ian Anderson zaczął swoją muzyczną działalność prowadzić na dwa fronty: oprócz koncertów i kolejnych płyt Jethro Tull, coraz poważniej zabierał się za działalność solową. O ile „Divinities” zdecydowanie ustępowało wydanej w tym samym roku „Roots To Branches”, tak kolejny album solowy Iana, który trafił na rynek 6 marca 2000, wypadł nieco lepiej, ciekawiej niż wydana pół roku wcześniej „Dot Com” Jethro.
Płyty Andersona i Jethro są, niczym yin i yang, dopełniającymi się przeciwieństwami: „Dot Com” jest rockowa, dość ciężka, ekspresyjna, zaś „Tajemny język ptaków” (nagrany z udziałem muzyków Jethro, tak byłych jak i aktualnych, a do tego z występującym gościnnie synem Andersona, Jamesem) – lekki, akustyczny, delikatny, momentami wręcz eteryczny. Wiele utworów opartych jest głównie na melodyjnych, klasycyzujących partiach gitary klasycznej i mandoliny, dopełnianych fletem, oszczędnymi klawiszami i od czasu do czasu akordeonem. Ian jednak postarał się, by słuchacz nie nudził się, słuchając jego płyty: pamięta o swoim szkockim powodzeniu, dobarwiając „Montserrat” wstawkami jakby rodem z jakiejś edynburskiej parady, a „Sanctuary” ładną kantyleną skrzypiec i kontrastowym, tanecznym przerywnikiem. zagląda też na subkontynent indyjski („The Water Carrier”, jakby hołd dla George’a Harrisona). Pamięta o krótkich, zwięzłych, balladowych miniaturkach, jakie kiedyś lubił nagrywać z Jethro („Set-Aside”). Proponuje słuchaczowi powoli rozwijający się, nastrojowy, tajemniczy utwór, zbudowany na trelach gitary klasycznej, fletowych dodatkach i przeszkadzajkach, intrygująco zwieńczony niby-symfonicznym finałem („A Better Moon”). Dorzuca zgrabny, radosny, taneczny fragment („The Stormont Shuffle”), czasem wzbogacony brzmieniami marimbafonu („The Habanero Reel”) albo kojarzący się z „Roots To Branches” utwór tytułowy (zwłaszcza druga, bardziej rockowa część świetnie pasowałaby na tamten album). Bywa też żartobliwy: instrumentalny „Boris Dancing”, z ciągłymi, nieprzewidywalnymi zmianami metrum, to wspomnienie widoku niezdarnie tańczącego na Placu Czerwonym podczas kampanii wyborczej Borysa Jelcyna (który w parę dni później wylądował w szpitalu z atakiem serca). Całość uzupełniają dwa dodatki: „In The Grip Of The Stronger Stuff” z „Divinities”, przedstawiony w postaci urokliwego duetu fletowo-klawiszowego, i akustyczna wersja wstępu do „Thick As A Brick”.
Płyta robi świetne wrażenie jako całość: jeden utwór płynnie dopełnia następny, wszystkie przesycone są podobnym nastrojem: ciepłym, wiosennym (jedną z głównych inspiracji Iana był ponoć poranny ptasi koncert, jaki słyszał wiosną za oknem), z lekką nutą melancholii. Obok „Roots To Branches” jest to najlepszy album stworzony przez Andersona w latach 90. i zarazem chyba początek drogi, która miała doprowadzić Iana do ostatecznego rozpoczęcia pełnowymiarowej działalności muzycznej pod własnym nazwiskiem. Tym bardziej że komercyjnie akcje Jethro wypadały coraz gorzej: zespół jeszcze w latach 80. umieszczał płyty w pierwszej trzydziestce na liście najlepiej sprzedawanych płyt w UK (najlepiej poradził sobie „Stand Up”, który dotarł do 1.miejsca, najsłabiej „Stormwatch”, „Broadsword” i „Catfish” – 27.), ale tym razem z ledwością zmieścił się w pierwszej pięćdziesiątce. Jeszcze gorzej było w Stanach, gdzie w latach 70. Jethro radziło sobie nawet lepiej niż na Wyspach: od „Herbu Łotra” zaczął się nieuchronny zjazd w dół, „Roots” nie dobiło nawet do pierwszej setki, a „Dot Com” wylądowało ledwie na 161.miejscu… Skoro nazwa Jethro Tull przestawała być komercyjnym atutem, stawała się Ianowi coraz mniej potrzebna. Na razie jednak wciąż jeszcze Anderson prowadził działalność na dwa fronty. A do tego – wciąż miał spore archiwum starych nagrań koncertowych…