Gdyby nie Mariusz Danielak, to pewnie ta recenzja by się tak szybko nie pojawiła. Zmobilizował mnie, nie da się ukryć. Obudził moją pasję polemiczną. A chyba w ten sposób najłatwiej mnie zaktywizować. Nie do końca się zgadzam z jego oceną „Underground Community”. Uważam, że jest lepsza niż pisze, a na pewno nieco inna.
Harvest, czyli żniwa ale na te żniwa jeszcze nie czas. Kłosy trochę zielone, a owoce nie całkiem dojrzałe. Jeżeli jednak ominą ich burze, gradobicia i inne niekorzystne zjawiska pogodowe, to w przyszłości zbiory będą obfite. Żniwiarze to młoda hiszpańska kapela, której do niedawna największym osiągnięciem było to, że supporotwali nasz Riverside na trasie po swoim kraju. Ale też nominowano ich do nagrody ProgAwards za progresywny debiut roku 2009.
Nie zgodziłbym się, że to neo-progressive . Dla mnie neo-prog to kapele post-marillionowskie, przy czym chodzi o ten stary Marillion z Fishem. Raczej mamy do czynienia z kolejnym miotem potomstwa Stevena Wilsona, ale z tej grupy bardziej kumatych i wydarzonych pociech, jak Airbag, Amber Light, Nosound, Gazpacho. Nie chodzi tu o dosłowne podobieństwa, ale raczej o ducha tej muzyki. Bo muzycznie, to dość ciężko byłoby mi je wszystkie wymienić. Jest to dosyć eklektyczna mieszanina. Oprócz tego, co wymienił Mariusz ze swojej strony dołożyłbym pewnie jeszcze Ionę i Suzanne Vega. Jednak Porcupine Tree też nie od macochy. I na dobrą sprawę dosyć trudno nazwać muzykę Harvest prog-rockiem. Raczej to ambitny pop-rock i co ważne, w ten sposób jest to zrobione. Rzut ucha na samą produkcję – w dziewięciu na dziesięć przypadków podobne rzeczy, jeżeli kapela jest zaliczana do proga robione są tak – masywne, zawiesiste klawisze, sfuzzowana gitara i dudniąca sekcja (tzw. szkoła skandynawska). Forma się wtedy czasami z treścią kłóci. W tym przypadku produkcja jest taka jak muzyka – delikatna, przestrzenna, trochę staromodna. Nie powiem popowa, bo obecnie określenie popowa produkcja to synonim dźwiękowego … (takie niedomówienie), powiem raczej – piosenkowa. No bo ”Underground Community” to są prawie same piosenki. Trzy, cztery, góra pięć minut, najdłuższa to cover Marillion „Waiting to Happen” (wypadł bardzo dobrze – znakomite solo gitarowe w finale). Na właśnie, jaki to prog-rock? A dajmy sobie spokój z etykietkami. Trzeba wszystko na siłę nazywać i rozkładać po odpowiednio oznakowanych szufladach? Do tego taka prog-rockowa „gęba” może zniechęcić potencjalnych głównonurtowych odbiorców. Na ich miejscu nawet bym się nie przyznawał, że mam coś wspólnego z rockiem progresywnym. – Pink Floyd? Nie znam człowieka. Ten zespół spokojnie może sobie znaleźć fanów spoza tej muzyki. Przyglądnijmy się jeszcze raz dokładnie temu krążkowi – nagrali trzynaście piosenek, w większości dobrych, albo bardzo dobrych. w tym tylko dwie, trzy – „Mara”, „The Horizon” i „Interrupted Broadcast” (najsłabszy na płycie) o bardziej rockowym charakterze, potencjalne single też by się bez trudu znalazły. I nie może tak być, żeby się u prog-manów zmarnowali.
Bardzo dobra płyta, bardzo dojrzały debiut. Bardzo polecam. I to chyba bardziej nie-prog-manom.