Rok 2015 rozpoczął się ciekawie – już na początku lutego udało mi się kupić płytę „Hidden Evolution” hiszpańskich thrash metalowców z Angelus Apatrida. Jako, że nie miałam wcześniej styczności z tym zespołem, jak i nie jestem fanką thrashu to postanowiłam zapłacić te 50 zł i posłuchać co też muzycy mieli do powiedzenia w tym gatunku, który jak na złość zdominowany jest klasycznymi kapelami i to w dodatku amerykańskimi w głównej mierze.
Hiszpania stoi trochę na poboczu, ale dałam szansę młodzieniaszkom i płyta wylądowała w odtwarzaczu. Jestem przekonana, że osoby słuchające thrashu od wielu lat, docenią Angelus Apatrida i dadzą im szansę, bo chłopaki mają wenę. Kopiować, kopiują, ale kto teraz tego nie robi, skoro krąg muzyczny się zamyka? Fakt, są kapele, które stawiają na swoim, ale wiele też uczą się od klasyków. Z muzyki Hiszpanów bije zdecydowanie i brudne riffy, które wraz z wokalem dają znakomity efekt. Muzyka wysokich lotów. Przez całą płytę przewijają się nawiązania do Metalliki, Annihilator, czy Slayer, ale czuć też nowatorskie zagrywki, co jest dużym plusem.
Zaczynamy od „Immortal” - nieśmiertelnego utworu rozpoczynającego thrash metalową jazdę bez trzymanki. Jest ta moc, którą Hiszpanie nas wręcz zalewają. Tyle się tu dzieje, że nie sposób policzyć ile świetnych riffów słychać w każdej piosence. „First World of Terror” - drugi w kolejności - cechuje trafna surowość. Mam nadzieję, że nikt nie oszaleje podczas słuchania „Hidden Evolution”, bo jesteśmy na dobrej drodze do tego. „Architects” to nic innego jak dalsza część mega thrashowej przygody, nie sposób się przy tym nudzić, a i można sobie pomachać głową w takt muzyki. „Tug of War” - doskonały pod każdym względem, poprawny w każdym calu – po prostu full wypas! „Serpents on Parade” to już istna petarda. Surowość kiełkuje od początku do samego końca – mega arcydzieło! „Wanderers Forever” dzierży thrash metalową koronę, dumnie ją nosi i obsypuje fanów surowym brzmieniem. Natomiast „End Man” to klasyczny thrash w brudnej odsłonie. Nieziemsko piękne. „Speed of Light” to kopalnia thrash metalowych diamentów, a przedostatni „I Owe You Nothing” barbarzyńsko katuje umysły słuchaczy. Na koniec dostajemy solidną dawkę rasowego thrashu w postaci utworu tytułowego. Obłęd jednym słowem, taki 9-minutowy opus magnum, szalenie uzależniający. Jako całość płyta brzmi bardzo świeżo, a zarazem klasycznie.
Nie ma tu żadnych zbędnych fragmentów. Jest prosto i na temat. Śmiem powiedzieć, że muzyka Angelus Apatrida hipnotyzuje. I tak jest, bo to thrash metal z prawdziwego zdarzenia. Czekam na więcej takiego grania przez Hiszpanów. Młodziki też potrafią uderzać ze zdwojoną siłą, budującą odpowiednie napięcie.