W 1968 Jeffersoni trochę się zmienili. Nie mówię tutaj o głównym składzie (chociaż poleciał menadżer Bill Graham) ale o stylu. Zupełnie zanikła ta „garażówka” (beat itp.), a uwypukliła się psychodelia. Można powiedzieć, że Jefferson Airplane stał się zespołem w 100% ukazującym to, co działo się w psychodelii w roku 1968. Album Crown Of Creation jest jednak znacznie bardziej opanowany od poprzedniego After…, co spowodowane jest w dużej mierze warunkami w jakich zespół nagrywał tę płytę. Wynajęto specjalnie na potrzeby nagrania dom z około dwudziestoma pomieszczeniami, dzięki czemu zespół miał o wiele więcej spokoju (w przeciwieństwie do nieco chaotycznego nagrywania After Bathing At Baxter’s, co jednak nie przełożyło się na szczęście na jakość). W zasadzie Crown Of Creation można uznawać za pierwszy „dojrzały” album Jeffersonów. Po sukcesach jakimi niewątpliwie były występy grupy na żywo (np. w Monterey) można było się spodziewać że kolejny album utrzyma równie wysoki poziom. I faktycznie, tak się stało. Jak dla mnie ta płyta jest esencją Jeffersonów, definiującą niejako styl zespołu wypracowany przez te dwa lata. Wielokrotnie jednak słychać jak zespół trzyma się kurczowo swoich kompozycji, dając naprawdę niewiele miejsca na improwizacje. Z jednej strony to zaleta, ale… dla miłośnika jazzu jakim niewątpliwie jestem, to posunięcie nie za bardzo pasuje do psychodelii. Z resztą w roku wydania albumu zdążyła się już wykształcić moda na improwizowanie rockowe (co w późniejszym czasie zaowocuje powstaniem prog-rocka), a krótsze utwory i granie z nut odchodziło pomału do lamusa. I nie pomaga tutaj nawet odrealniona wstawka „Chushingura”.
Płytę zaczyna jak zwykle coś mocnego – teraz jednak nie gitara, a przejmująco zaśpiewany Lather z niesamowitą Grace. Piosenka traktuje głównie o dorastaniu w ówczesnym świecie, ale tak naprawdę głównym jej bohaterem jest Spencer Dryden – perkusista zespołu (który w 1968 roku skończył właśnie 30 lat – Lather was thirty years old today). Dużo odgłosów pozamuzycznych i „nosowe” solo Gary’ego Blackmana czynią ten utwór jednym z najlepszych w karierze zespołu. Z kolei Triad to pieśń napisana przez Davida Crosby’ego (nieco przerobiona na własne potrzeby przez Grace… w jej stylu oczywiście). Utwór tytułowy zainspirowany został natomiast pisarzami powieści Science Fiction. Świetne jest jednak zakończenie płyty – Greasy Heart to kapitalna piosenka autorstwa Grace, z popisówką Jormy na gitarze (z efektem wah wah). Natomiast zamykająca płytę The house at Pooneil Corners być może trochę w przesadzony sposób przypomina jednak o wciąż panującej tu i ówdzie psychodelii (i w końcu jakaś improwizacja…).
Crown Of Creation jest z pewnością jedną z wyróżniających pozycji roku 1968. Pytanie tylko czy to wyróżnianie się jest spowodowane wysokim poziomem utworów czy po prostu tym, że Jefferson Airplane stawał się z roku na rok coraz bardziej znanym zespołem. Nie będę w to wnikał – dla mnie płyta jest warta posłuchania, być może czasem nieco przekombinowana i zbyt przewidywalna, jednak stanowi świetną wizytówkę tego co działo się wtedy w muzyce rockowej. A że to klasyka, to chyba przypominać nie muszę…