Szkoła...chyba każdy z nas jej nienawidził i nie znosił w pewnym etapie życia. Szkoła kojarząca się z brakiem partnerstwa, tego „musisz bo inni ci każą”, „jak nie zrobisz tego , co ci każę będziesz ukarany”. Szkoła to także wagary, smak pierwszych pocałunków i inicjacji seksualnych, oraz wesołych zajęć z przysposobienia obronnego (zakładanie i ściąganie maski przeciwgazowej oraz zajęcia na strzelnicy).
A pamiętasz jak chłopcy pisali ukradkiem tzw.” pornos”? Przechodził z rąk do rąk – każdy cos dopisywał, aż w końcu ostatnio zawisł na stronie internetowej naszej wesołej gromady czyli klasy „D” kępińskiego ogólniaka.
„Okul” czyli „Szkoła” to tytuł filmu, do którego Kevin Moore napisał muzykę. Filmu, który bardzo podoba się w Turcji, co więcej jest tureckiej produkcji i z turecką obsadą. W pierwszej chwili kręciłam głową z niedowierzaniem: Jak to muzyka do tureckiego filmu? I w dodatku do horroru? Gatunek filmu jakim jest horror, w Turcji dotychczas nie miał racji bytu, zatem „Okul” jest pionierską produkcją. I to niestety widać. Udało mi się film obejrzeć i odnieść fabułę do muzyki. Nie będę streszczać poszczególnych scen z filmu, zresztą nie warto. Film jest słaby, kiepsko zagrany, czasami wręcz w swej naiwności śmieszny. Tureccy producenci balansują gdzieś pomiędzy Blair Witch Project, „niskobudżetowymi produkcjami kampusowymi, które mają straszyć”, a patentami rodem ze „Sposobu na blondynkę”, czy też „American Pie” . Jedynym elementem, który ratuje tą rachityczną produkcję jest ścieżka dźwiękowa.
Jak tureckim producentom udało się zaprosić Kevina do współpracy? Reżyser filmu poprzez swoje kontakty w ...fanklubie Dream Theater namierzył Kevina, ten się zgodził, a w rezultacie mamy płytę z muzyką do filmu.
Muzycznie OKUL jest rozwinięciem pomysłów z You Go Now oraz OSI. Króciutkie miniaturki są ilustracjami poszczególnych scen filmu. Charakteryzuje je ...dość duszna, zapętlona atmosfera, może z racji tematyki filmu oscylująca gdzieś na pograniczu świata realnego i snu. Przepiękny i ascetyczny motyw przewodni – Piano Theme jest po prostu...prześliczny. Zagrany tylko na fortepianie, powoduje drżenie i zadumę. Myślę, iż cały album ma właśnie pewien element wspólny: ascetyczność przekazu. Niewiele potrzeba, żeby muzyka wzruszała. Są oczywiście momenty wprowadzające niepokój w duszy i drażniące.
W chwili obecnej Kevin jest bardzo daleko od tego, co robił w Dream Theater. I bardzo dobrze. Coraz bliżej mu do muzycznego świata Petera Gabriela, i nie po drodze mu do zdehumanizowanej czasami niepotrzebnej dźwiękowo progmetalowej sieczki. Zauważyłam, może podświadomie, jakaś muzyczną inspirację Passion, zwłaszcza w utworach wokalnych (np. Prayer Call, czy Far Fara). Muzyczne poszukiwania, na poczet których zaangażowano nowoczesną technologie i tradycję śpiewu przywodzącą na myśl pieśni Żydów sefardyjskich.
Oczywiście oprócz tej wyciszonej muzyki są również fragmenty „szybkie”, kojarzące się mnie akurat ze ścieżką dźwiękową do Strange Days czy Matrix, np. Erotik czy Sad Sad Movie.
Należałoby zatem zadać sobie pytanie: czy ortodoksyjny fan Dream Theater kupiłby ten album? Jeżeli lubi muzykę filmową i odpowiada mu muzyczne wcielenie Kevina - tak, jeżeli nie „podeszły” mu poprzednie produkcje Moore’a – nie. Kwestia gustu.
Mnie jak najbardziej ta produkcja odpowiada.
Reasumując:
Film nieszczególny , wręcz słaby, ale obejrzeć można.
Muzyka jak NAJBARDZIEJ do posłuchania. I warto niejednokrotnie do niej wrócić.
Nocą, gdy budzą się w nas demony, kiedy ogarnia nas ciemność i podświadomie szukamy latarki, kiedy każdy szelest liści nasze uszy porównują do złowieszczego krzyku...wówczas....
Kevin Moore potrafi straszyć...naprawdę. Polecam wszystkim „nocnym Markom”.