Rok 1971 był dla Grand Funk (Railroad) rokiem chyba największego tryumfu. Steve Roeser w nocie okładkowej dla tego albumu tylko odrobinę przesadza, pisząc, że GFR byli "więksi niż Sabbath, więksi niż Zeppelini, więksi niż kiedykolwiek byli Cream". Zespół nie był specjalnym pupilkiem tzw. krytyków muzycznych, grał bowiem muzykę ostrą, hałaśliwą, służącą raczej dobrej zabawie, niż przekazywaniu jakichś wielkich treści. Ale w kategorii "hard'n'heavy" zespół był w ścisłej światowej czołówce, głównie dzięki...koncertom.
Początkowo miał to być zupełnie inny album. Miał to być zapis słynnego występu grupy na Shea Stadium w Nowym Jorku, z lipca 1971. Niestety, a może na szczęście, wytwórnia i sami muzycy doszli do wiosku, że lepiej bedzie pokazać Grand Funk także z innych koncertów tamtej sławnej trasy, gdy mieli Amerykę u swoich stóp. Nie da się ukryć, że zamysł ze wszechmiar słuszny, ale jednak mam nadzieję, że "Live At Shea Stadium" ujrzy jeszcze kiedyś światło dzienne w postaci innej, niż bootleg.
Płyta zaczyna się zaczerpniętym od Richarda Straussa motywem "Tako Rzecza Zarathustra", a potem chłopaki ruszają z kopyta, retorycznie pytając "Are You Ready?". Jest tak, jak być powinno, mocno, głośno, ostro i do przodu. "Footstompin' Music" świetnie obywa się bez gitary, są za to organy, jest boogie oparte na pompującym basie, jest zabawa i...o to chodzi. I tak jest w zasadzie przez całą tę płytę. Świetne wypadają oczywiście fragmenty ze wspomnianego koncertu z Shea Stadium, ale prawdziwe killery zespół zachował na koniec. Zawsze wspaniałe "T.N.U.C." rozbudowane o ponadtrzynastominutowe solo perkusyjne Dona Brewera...co ten facet wyczynia na swoim zestawie to głowa mała. Pożyczone od Animalsów "Inside Looking Out" to prawie szesnaście minut jamowego grania, pełnego rozimprowizowanych solówek gitary, śpiewów z publicznością i czego tam sobie jeszcze zamarzycie. Następny w kolejce jest stonesowski "Gimme Shelter". "Ta piosenka to jakby narodowy hymn dla naszej generacji" - zapowiada Farner. I grają ten hymn po swojemu, a jednocześnie...tak stonesowsko, jak to możliwe! Miesamowity moment koncertu, prawdziwe ciary na plecach, magia wręcz się materializuje. Nie ma lepszego momentu na zakończenie podstawowej części występu, publiczność jest rozgrzana do białości. Chcecie więcej, brothers and sisters? Raz, dwa, rzy, cztery, ruszają jeszcze z Into The Sun, rozpędzającym się jak (nomen omen) pociąg, okraszonym kapitalną solówką gitarową na zakończenie...I to już naprawdę koniec. Strasznie szybko minęło te 68 minut, dziękujemy, grał dla was Grand Funk!
To wyśmienity album. Po prostu marzenie dla tych, którzy mają ochotę na sięgnięcie w lata 70, do tych mniej znanych zespołów. GFR dają z siebie wszystko, to się czuje, krew, pot i łzy, radość publiczności, słodkie opary marichuany, portret pewnej epoki, która minęła, ale wracamy do niej z wielkim sentymentem. Wiem, że nie jest to zespół, który zapisał się w historii tak trwale, jak Zeppelini czy Sabsi. Ale wtedy, w roku 1971 liczył się tylko Grand Funk Railroad. I tego nikt im nie odbierze.